DRZEMKA

Przez gabinety lekarskie niezmiennie przepływa rwący strumień pacjentów. Ludzi o szarych, zmęczonych twarzach. Z rozbieganymi, podkrążonymi i przekrwionymi oczami. Przeładowanych nadmiarem kofeiny. Dobrowolnie pozbawiających się snu i tych, którzy cierpią na bezsenność. Roztargnionych i niespokojnych. Zestresowanych w stopniu utrudniającym codzienne funkcjonowanie. Istot, których organizm całym sobą domaga się natychmiastowej drzemki.

Do momentu, w którym przez zupełny przypadek odkryłem minimalizm, nie potrafiłem docenić wartości odpoczynku. Zaniedbywałem sen. Robiłem to świadomie. Doprowadzałem do sytuacji krytycznych, w których po przepracowaniu kilkudziesięciu godzin z rzędu (uwzględniając w tym dyżury szpitalne) mój organizm samowolnie wyłączał zasilanie mózgu i wtedy zasypiałem w najmniej oczekiwanym momencie. Bez przygotowania. Nie zwracając uwagi na otoczenie. Zasypiałem nawet podczas prowadzenia samochodu. Jestem pewien, że wtedy osiągnąłem niebezpieczną granicę deficytu snu.

W jaki sposób mój minimalizm jest powiązany z niedoborem snu?

Przez drzemkę.

Nie muszę nikogo przekonywać o radości, jaką może wywołać półgodzinna drzemka w samym środku dnia wypełnionego nużącymi obowiązkami. To bezcenne.

Moje podejście do minimalizmu wymaga ode mnie rozważnego gospodarowania czasem. To właśnie czas, zaraz po energii, jest najważniejszym zasobem, o który zacząłem się troszczyć jako minimalista. I tak wszystko się zaczęło. Nauczyłem się być niepodłączonym. Do sieci. Do telewizora. Do prądu. W moim grafiku pojawiły się luki. Puste miejsca, oznaczające brak dostępu do technologii. To czas na spacer, majsterkowanie, czytanie, pisanie (ręczne – tak, często zapisuję coś odręcznym pismem). To czas na półgodzinną drzemkę.

Obecnie umysł każdego z nas jest przeładowany informacjami, narażony na ciągłe drażnienie niezliczoną ilością bodźców. Odłączenie się od sieci pomaga pozbyć się mentalnych śmieci. A to, jest bardzo bliskie idei minimalizmu. Pozbycie się wszystkiego, co zbędne, niepotrzebne i zajmujące naszą uwagę. I dlatego kupiłem budzik. Za 19 złotych i 99 groszy. Biały.

Do tej pory budziłem się i zaraz po przebudzeniu sięgałem po smartfon. Bez obaw. Nie po to, by od razu wejść w świat mediów społecznościowych. Po prostu, by wyłączyć ustawiony w telefonie alarm. Jednakże w momencie, w którym trzymałem urządzenie w dłoni, kciuk (zaznaczam, że bezwiednie) ześlizgiwał się w kierunku błyszczącej ikonki Facebooka, Twittera i Instagrama. Wygrywała obawa o to, że w trakcie tych kilku godzin snu ominęło mnie wiele niesamowitych spraw. Ważniejszych od spokojnego i powolnego wchodzenia w rozpoczynający się właśnie dzień. I dlatego kupiłem budzik.

Zwykły budzik zmienił mój cały poranny rytuał. Spowodował, że do sieci podłączam się dopiero w pracy. I wtedy odkrywam wszystkie te ciekawe rzeczy, które pojawiły się wtedy gdy świadomie byłem odłączony. Najciekawszy jest fakt, że zazwyczaj nie tracę niczego istotnego. A jeżeli stało się coś wymagającego mojej natychmiastowej reakcji, to znacznie łatwiej pracuję nad tym kiedy jestem wyspany. Naprawdę wypoczęty.

Pytam swoich pacjentów kiedy ostatni raz wygospodarowali godzinę czasu na kontakt z naturą, na odłączenie od sieci, zwykły spacer. Po zadaniu pytania niezmiennie następuje chwila krępującej ciszy. Konsternacja i tysiące najdziwniejszych wymówek. Naprawdę dziwnych.

Myślę, że jedną z największych zalet minimalizmu jest takie uporządkowanie swojego życia, które pozwala na odłączenie się. Na wylogowanie z internetu bez poczucia winy. Świadomą rezygnację nie wymagającą poszukiwania dziwnych wymówek. Jakichkolwiek wymówek.

Published By
Aleksander Gatnar

1 Comment

Renata MALONE

Budzik tradycjonalny jest „The best”

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *