MIKRODECYZJE

Wstaję wcześnie. Idę po kawę. Poranna kawa, którą lekko rozespani możemy sączyć w łóżku – to nasz niezmienny rytuał. Czas spędzony razem. Delikatne, niespieszne wprowadzenie w każdy kolejny dzień. Nic nie burzy takiego porządku rzeczy. Dzieci jeszcze śpią. Pies też. Jest szaro, zza okna dociera rozproszone światło ulicznej latarni, odbite przez zalegający gdzieniegdzie śnieg. Nie muszę zapalać światła. Włączam ekspres i z lodówki wyjmuję mleko. Dla niej. Sam piję czarną. Robię niezgrabny półobrót i otwieram szafkę, z której powinienem wyjąć dwa kubki do kawy. Stoję przed nią przydługą chwilę, zastanawiając się po jakiego grzyba mamy tyle kubków. W domu, w którym na co dzień tylko dwie osoby piją kawę. W domu, w którym tylko bardzo bliscy znajomi proszą o kawę w kubku. W domu, w którym kawę z definicji serwuje się w filiżankach. W tym właśnie domu, mamy małą armię naczyń do picia espresso, małej czarnej, cappuccino i latte. Jasna cholera. Zimno mi w bose stopy. Nadzwyczaj chłodne kafle kuchennej podłogi wywierają na mnie presję szybkiego podjęcia decyzji. Muszę wreszcie wyjąć jakieś kubki. Patrzę na pierwszy szereg utrzymany w skandynawskim wzornictwie. Dalej różnokolorowe. Kwieciste. W geometryczne wzory. Zadrukowane napisami. Smukłe i pękate. Jest i taki, wyglądający jak nocnik z poręcznym uchwytem. O żesz w mordę! Mój skołowany wzrok wraca do pierwszego szeregu … dwa chabrowo-błękitne (moje ulubione)… dwa śmietankowo-białe… dwa orzechowo-rude i jeden samotny pistacjowo-miętowy. Chrzanię to, biorę pierwszy lepszy i ten, stojący obok niego. Gotowe. Nareszcie.

Podczas nocnego wypoczynku niewielkie porcje energii, jak krople gęstej oliwy, spływają po ściankach szklanej misy na dno naczynia. Tworzą coraz większy zbiornik gęstej energetycznej substancji. Solidną porcję energii. Zapas, który musi wystarczyć na cały dzień. Na pracę, na borykanie się z problemami codzienności, na zabawę, na kreatywne działania, na przytulanie, gotowanie, nawet na krótkie chwile nicnierobienia. Musi wystarczyć na podejmowanie decyzji. Tych bardzo ważnych i tysięcy, na pozór błahych – mikrodecyzji.

Stojąc przed wyborem kubka do kawy i musiałem podjąć pierwszą mikrodecyzję tego dnia. Poranne picie kawy stało się nawykiem i już nie wymaga codziennego podejmowania decyzji. Decyzja została podjęta dawno temu, nie zdarza mi się jej kwestionować i nie zużywa mojej energii – jest automatyczna. Konieczność dzisiejszego wyboru kubka niestety zużyła jedną porcję energii, moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie. Nadmiar kubków, strata czasu, niepotrzebny stres.

Budzik bezlitośnie sygnalizuje, że trzeba wejść na nieco wyższe obroty. Staję przed szafą. Rozsuwam drzwi i … uśmiecham się delikatnie. Tutaj panuje spokój. Wiem, że teraz nie stracę czasu i nie zmarnuję energii. Kilka koszul, ze trzy swetry, kilka par spodni, szal lub komin. Kurtka lub krótki płaszcz. Wszystko na tyle dobrane kolorystycznie, że daje się połączyć w dowolnych kombinacjach. Letnie ubrania upakowane w pudła stojące na górnej półce. Mam przeświadczenie, że mógłbym ubierać się nie zapalając światła, oszczędzając energię – nie tylko elektryczną.

Śniadanie nie zaprząta mi głowy. Zdecydowaliśmy się na inny styl odżywiania (Intermittent Fasting) i przed wyjściem, zamiast śniadania przygotowujemy posiłek do pracy. Od dawna kupujemy to, co wartościowe, smaczne i to, na co mamy ochotę. Sięgam do lodówki, gdzie zazwyczaj wszystko ma swoje stałe miejsce, chociaż przy czterech użytkownikach czasem wkrada się bałagan. W życiu tak k bywa. Odpowiednia ilość energii wcześniej poświęcona na mądre zakupy powoduje, że cokolwiek wyjmę z lodówki jest wartościowe i nadaje się na lunch. Takie podejście jest energooszczędne. Majonez!? Jasny gwint! Kto kupił majonez?

Nie traktuję swojego pudełka na lunch, jak jajka niespodzianki i nie spodziewam się znaleźć w nim za każdym razem innego jedzenia. To, co dla innych może wydawać się jednostajne i nudne, dla mnie nie stanowi problemu. Jedzenie ma być wartościowe, pożywne i smaczne. Jeżeli do wyboru jest tylko kilka kombinacji, cóż z tego – to tylko lunch. W domu nie prowadzimy wielogodzinnych dyskusji na temat tego, co będziemy jedli w tym tygodniu, miesiącu, kwartale. Ustaliliśmy zbiór zasad, według których komponujemy posiłki i przestaliśmy to roztrząsać. Teraz wszystko dzieje się automatycznie, w trybie energooszczędnym.

Mam smartfon. Leży sobie na biurku i jest nad wyraz spokojny. Nie wibruje. Nie piszczy. Sporadycznie dzwoni. W końcu to telefon. Wyłączyłem powiadomienia dawno temu. Wszystkie. Każdy dźwięk pochodzący z telefonu wywoływał konieczność podjęcia mikrodecyzji. Zareagować. Poczekać. Zignorować zupełnie. Krótko po wyciszeniu wszystkich dźwięków, poza dzwonkiem telefonu, miałem stałą potrzebę sprawdzania. Bałem się, że zbyt późno zareaguję na coś ważnego. I tak minął tydzień. I jeszcze jeden. Teraz robię w czasie pracy dwie krótkie przerwy na przejrzenie wiadomości, to w zupełności wystarcza. Jak do tej pory nic ekstremalnie ważnego mnie nie ominęło. Takie podejście jest niewyobrażalnie energooszczędne.

Czytam blogi i buszuję w internecie. Owszem. Mam na to swoje własne usprawiedliwienie. Otóż, pisząc bloga muszę być na bieżąco z tym, co robią inni. Całkiem niezłe wytłumaczenie, nieprawdaż? Właśnie dlatego muszę podpatrywać. Uczyć się. Doskonalić formę prezentacji tego, co piszę. Aby za tym wszystkim nadążyć, w przeszłości zdecydowanie zbyt często nacisnąłem przycisk „subskrybuj”. Naprawdę często. Później moja skrzynka pocztowa nabierała wody jak M/S Titanic. Hektolitry wiadomości wdzierały się do niej każdego tygodnia. Niewiarygodne, ile energii trzeba zużyć, by się przez to wszystko przedrzeć. Miałem ochotę usunąć wszystkie maile jednym kliknięciem. No ale, co zrobić z przeświadczeniem, że w jednym z nich może być inspiracja, której na próżno szukałem od dawna. Ciekawostka. Jakiś bardzo ważny link lub dane nie do odzyskania. Trudno było zagłuszyć ten wewnętrzny głos, mówiący „zostaw”. I dalej na piechotę przedzierałem się przez tą dżunglę, z dziarskim uśmiechem wymachując myszką jak maczetą. Usuwałem jeden post po drugim, patrząc ze zgrozą na topniejący zapas mojej energii. Dzisiaj już nie muszę tego robić. Nie muszę podejmować mikrodecyzji – co pozostawić, a co wyrzucić. Po prostu przestałem śledzić wiele stron, nie czytuję tylu blogów. Pousuwałem niepotrzebne, mało wartościowe, dublujące się. I żyję. Zostało samo gęste.

Może nie mówiłem, ale korzystam też z mediów społecznościowych. I mam na to, takie samo usprawiedliwienie jak wyżej. Zrobiłem w nich podobny porządek. Wyrzuciłem niepotrzebne. Dużo tego było. Dlatego chciałbym przeprosić wszystkich znajomych, których już nie obserwuję, przesuwając kciukiem po ekranie. Przepraszam, ale nie robię tego z energooszczędności.

Dzisiaj piszę, a to wymaga energii. Ogromnie dużo. Nie takiej z batoników. Wymaga energii gęstej, wewnętrznej. Dzisiejszy dzień był dobry. Jeden z tych, które nie wymagają podejmowania setek niepotrzebnych mikrodecyzji. Dzień, w którym nikt nie próbował dobrać się do mojego zapasu energii próbując za wszelką cenę go uszczuplić. Nikt też na siłę nie forsował wyznaczonych przeze mnie granic. Po prostu dobry dzień. Dlatego zostało dużo energii na pisanie. Na coś, co sprawia radość. Prawdziwą radość. Ale tak nie jest zawsze. Często praca pochłania koszmarne ilości mojego czasu i energii. Tak dużo, że nie wystarcza jej na pisanie. Nie wystarcza na nic. A może rzucę pracę i zajmę się pisaniem. Eeeech….

O mikrodecyzjach w pracy w następnym wpisie.

Published By
Aleksander Gatnar

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *