WYSTARCZAJĄCO DUŻO

Zaśnieżony krajobraz za oknem i kubek gorącej herbaty w dłoniach. Spokojna muzyka w tle. Obok na kanapie ukochany mężczyzna zagłębiony w lekturze nowej książki. Młodsza z uporem maniaka ćwiczy śpiew, przypominając mi boleśnie, że talentu muzycznego na pewno nie odziedziczyła po mamie. Starsza, w pełnym skupieniu rysuje kolejny ‘’najważniejszy’’ szkic na zajęcia rysunku. Codzienność. Można by rzec – nijakość. Nie uczymy się do kolejnych certyfikatów, nie uprawiamy ekstremalnych sportów, nie chodzimy na zajęcia squasha (przecież wszyscy cool ludzie grają teraz w squasha). Nie pracujemy na dodatkowym etacie. Dzieciaki nie uczestniczą w ekstrawaganckich zajęciach dodatkowych. Nie umawiamy się po raz czwarty w tym miesiącu z koleżanką czy kolegą, na wieczorny wypad do pubu. Zwykłe życie.

Popijając herbatę analizuję swoje życie. Uświadamiam sobie, że jestem niesamowitą szczęściarą będąc w tym miejscu, w którym obecnie jestem. Zawodowo – fakt, nie zostałam prezesem rady nadzorczej zagranicznej korporacji i nie mogę pochwalić się kontem w szwajcarskim banku. Lecz, czy z perspektywy czasu żałuję, że nie poświęciłam 90% swojego dorosłego życia na pracę? NIE. Nie zagłuszyłam swojego instynktu macierzyńskiego i zdecydowałam się na dzieci w wieku, kiedy moi znajomi myśleli tylko o karierze zawodowej? Czy nie żałuję, że zamiast spędzać z ojcem ostatnie lata jego życia, nie zdecydowałam się na staż w zagranicznej firmie, który otworzyłby mi drzwi do wielkiej międzynarodowej kariery? NIE. Nie żałuję. Mam niesamowicie ciekawą pracę, w firmie o takich perspektywach, o jakich niektóre z międzynarodowych korporacji mogą pomarzyć. Kocham to co robię, realizuję się zawodowo. Spełniam swoje ambicje. Czy można było więcej? Jasne. Pytanie tylko, po co i jakim kosztem?!

I fakt – nie zrobiłam oszałamiającej kariery naukowej i nie przyjęłam zagranicznego grantu, ponieważ postanowiłam urodzić drugie dziecko. Pewnie nie polecę przez to nigdy w kosmos i nie dostanę Nobla z chemii, ale czy to jest dla mnie istotne? Po raz kolejny odpowiedź brzmi: NIE. Pasja z jaką rozwijam się naukowo teraz, w dziedzinie, o której jeszcze 10 lat temu nie myślałam w ogóle, pokazuje mi, że to był bardzo dobry ruch z mojej strony.

I fakt – poturbowało mnie życie. Prywatnie przewróciłam się i upadłam na kolana. Odebrałam od życia surową lekcję, z której wyciągnęłam wiele wniosków. Podniosłam się, nauczyłam się, co w życiu jest najistotniejsze. Zrozumiałam przede wszystkim, co robię źle, nad czym muszę popracować, co zmienić. Zrozumiałam, co jest dla mnie w życiu najważniejsze, na co już nigdy się nie będę godzić, co mogę z życia usunąć. Czy żałuję, że upadłam? NIE. Dzięki temu siedzę teraz na kanapie, obok najlepszego człowieka jakiego w życiu poznałam i czuję niesamowity spokój.

Minimalizm nauczył mnie, że wystarczająco dużo, to wszystko czego potrzebuję. Nie trzeba więcej. Nie muszę nic nikomu udowadniać. Sobie też nie. Pełne życie, to nie życie bez potknięć i upadków, bez błędnych decyzji, złych wyborów. To także nie życie bogate w spektakularne sukcesy, z obszerną gromadą znajomych i milionowym kontem w banku. Pełne życie, to życie według swoich zasad i wartości, skoncentrowane na tym, co dla mnie jest najważniejsze w ilości dla mnie odpowiedniej. To życie z umiarem i granicami takimi jakie sama sobie wyznaczę. To codzienność i spokój. To radość jaką przynosi każdy zwykły dzień. To zarówno moje sukcesy jak i porażki. Pełne życie – to ja.

Published By
Sylwia Koszela

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *