DIETA UBOGOBAJTOWA

Zaczynamy całkiem dobrze odnajdywać się w bogatej ofercie produktów zapełniających supermakety. Nauczyliśmy się uważnie kupować żywność. Skrupulatnie sprawdzamy etykiety opakowań, skoncentrowani na dacie przydatności do spożycia, ilości zawartych tłuszczów i węglowodanów, rygorystycznie pilnując kalorii. Jak ognia wystrzegamy się sztucznych barwników, konserwantów, syropu glukozowo-fruktozowego. Dbałość o odpowiednią jakość i niski stopień przetworzenia popycha nas do wielokilometrowych wypraw w poszukiwaniu jedzenia “prawdziwego”. To dobrze.

Inaczej jest w przypadku informacji docierających do nas szerokim strumieniem. Zwłaszcza tych, które nie stanowią bodźca do jakiegokolwiek działania i tych, które tak na dobrą sprawę, w ogóle nas nie obchodzą.

Szum informacyjny, towarzyszący nam nieustannie stał się czymś tak naturalnym, że jego brak wywołuje natychmiastowy dyskomfort. Z czasem to uczucie, że właśnie tracimy coś naprawdę ważnego, staje się tak trudne do zniesienia, że sięgamy po telefon i intuicyjnie otwieramy kanał wiadomości, logujemy się na Twitterze, Facebooku czy Instagramie. Konieczność bycia “na bieżąco” stała się nawykiem i jak każdy zły nawyk jest niezmiernie trudna do wyplenienia.

Na nasze nieszczęście informacje przekazywane w naszych czasach są bardzo podobne do sprzedawanych w supermarketach produktów spożywczych. Są niskiej jakości. Mają niewielką wartość odżywczą. Często przeprowadzono na nich brutalne zabiegi rewitalizujące, by chociaż pozornie poprawić ich atrakcyjność. Są po prostu odgrzewane, lekko nieświeże.

Odkąd do swojego życia wprowadziłem nawyk zdrowego odżywiania się, nie dopuszczam do tego, by w spiżarni i lodówce pojawiły się produkty przypadkowo zdjęte ze sklepowej półki. Tak, ten gość, którego spotykacie w supermarkecie, który po dokładnym przeczytaniu etykiety twarożku odkłada go na półkę i bierze do ręki kolejny, to ja. Teraz spokojne i niespieszne życie umożliwia mi rozmyślne wybieranie tego, co kupuję.

Nadmiar byle jakiego jedzenia powoduje uczucie przepełnienia. Nie jest to rozkoszna sytość, jak po domowej kolacji z rodziną i przyjaciółmi, podczas której wszyscy delektują się prostymi, aromatycznymi i przepysznymi specjałami gospodarzy. Tylko przepełnienia. Dyskomfortu, zlokalizowanego gdzieś w okolicy pępka.

Po przejedzeniu pojawia się poczucie winy, takie samo jak po skonsumowaniu zbyt dużej ilości informacji o wydarzeniach, na które tak naprawdę nie mam żadnego wpływu. Otoczenie jest przepełnione kanałami informacyjnymi, mediami społecznościowymi, setkami blogów i wszechobecnych reklam. Nadmiarem informacyjnych kalorii. Mój mózg nie jest w stanie tego przetrawić i często mam wrażenie, że z trudem mieści się we wnętrzu czaszki.

Oczywiście, niewielka ilość najpotrzebniejszej wiedzy o otaczającym świecie jest nam niezbędna do prawidłowego rozwoju. Tak jak odpowiednio zbilansowane odżywianie utrzymuje nasz organizm w prawidłowej kondycji. Otyłość informacyjna zabija naszą kreatywność. Z braku własnych pomysłów, przysypanych nadmiarem cudzych, stajemy się odtwórczy. Bezkrytycznie przełykamy przygotowaną przez innych papkę, karmieni informacjami o bardzo niskiej jakości jak kolorowymi cukierkami.

Aby odpowiednio włączyć się w światowy przepływ danych z bezkrytycznego konsumenta bezwartościowych informacji stałem się kimś, kto poszukuje odpowiedzi na zadane pytania, filtrując internetowy strumień wiadomości. Ograniczając nadmiar koncentruję się na jakości. Stosując zdrowy styl odżywiania jakim jest Intermittent Fasting, nauczyłem się wytrzymywać bez kalorii przez 16 godzin. To działa bardzo dobrze i pozwala uniknąć przeładowania komórek składnikami odżywczymi. Tak samo przerwy w korzystaniu z internetu, telewizji i radia zmniejszają ilość bajtów docierającą do mózgu.

Dlatego:

  • Ograniczyłem swoją obecność do dwóch portali społecznościowych. Wyłączając w telefonie powiadomienia nie śledzę na bieżąco polubień, komentarzy, nowych postów. Loguję się świadomie i wtedy pracuję nad stroną UpraszczaMY.
  • Z zasady nie odpisuję natychmiast na wszystkie maile, komentarze, wiadomości. Zazwyczaj jestem online tylko w wyznaczonych przez siebie porach.
  • Usuwam na bieżąco subskrybcje blogów i stron, które przestały mnie interesować. Tworzę w ten sposób przestrzeń do pracy. I tak nie jestem w stanie przeczytać ich wszystkich. Nowe subskrybcje pojawiają się sporadycznie, po dokładnym zapoznaniu się z zawartością strony.
  • Z telefonu usunąłem wszystkie aplikacje, z których nie korzystam. A tych, które pozostały jest niewiele. Staram się angażować swój mózg do samodzielnej pracy. Może tracę na szybkości przetwarzania danych, ale zyskuję lepszą pamięć i sposób kojarzenia faktów. Jestem przez to coraz bardziej analogowy.
  • Zamiast dalszego ciągłego poszerzania wiedzy teoretycznej o nowe artykuły, wpisy, materiały (dostępne online w ilości trudnej do ogarnięcia), zaczynam działanie gromadząc tylko to, co potrzebne, by rozpocząć. Ciągłe poszerzanie swojej wiedzy powstrzymujące przed podjęciem działania, to dla mnie rodzaj prokrastynacji. Tak jak ciągłe przejadanie się powstrzymujące przed dbaniem o własne zdrowie, prowadzi do znacznej otyłości.

Czytanie książek i długich artykułów wymaga poświęcenia odpowiedniej ilości czasu. Wymaga zastanowienia. Przemyślenia. Często wracam do tekstu, by lepiej go przyswoić. Delektować się. Wyciągnąć dla siebie to, co najbardziej wartościowe. Tylko świadomy wybór ilości i jakości danych może uchronić nasz mózg przed przeładowaniem. To dla mnie informacyjny Intermittent Fasting.

Published By
Aleksander Gatnar

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *